Czy turecki jest trudny? To pytanie bardzo często trafia do mojej skrzynki mailowej. Choć do dziś nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania, postanowiłam podzielić się z Wami doświadczeniem moich edukacyjnych zmagań z nauką języka Turków. Być może dla kogoś z was okażą się one przydatne, albo przynajmniej zachęcą do niepoddawania się. :)
Uniwersytecki „szlif”
Choć moja przygoda z nauką języka tureckiego trwa już niemal naciągany rok, obfitujący w kilka wielotygodniowych przerw, rezygnacji i zwątpień, dopiero od niedawna dostrzegam satysfakcjonujące efekty mojej pracy. Owa satysfakcja daleka jest oczywiście od biegłości, o jakiej – w przypływie dobrego dnia – czasem sobie pomarzę. Choć spędziłam w Turcji już sporo czasu, dotychczas na co dzień w domu posługiwałam się polskim, a w pracy angielskim. W rezultacie wiele wody musiało upłynąć, nim poczułam, że przekroczyłam magiczną barierę językową, resztkami sił wdrapując się na poziom intermediate.
Zmagania z tureckim zaczęłam od kursu TÖMER na uniwersytecie w Çanakkale, gdzie przez pierwsze tygodnie wpajano mnie w gramatykę, podstawowe zwroty oraz przekonanie co do własnej niewiedzy. Wąsaty i brzuchaty Ali Hoca czynił wszystko, by całą naszą grupę do tureckiego zniechęcić, triumfując przy tym, iż z nas wszystkich to on – on, on i tylko on – turecki zna i włada nim perfekcyjnie.
Po zadowalającym zaliczeniu pierwszego etapu postanowiłam zrezygnować z uczęszczania na kurs – i zaoszczędziwszy sporo lir – do kolejnego egzaminu przygotowywałam się już sama. – Życie w Turcji powinno być w końcu wystarczającym argumentem, by turecki samoistnie wpadał do głowy – myślałam przepełniona optymizmem. Przedzierając się przez dziesiątki stron „Lale Türkçe” przyswajałam słownictwo, przydatne zwroty i gramatykę. Warto w tym momencie wspomnieć, że turecki cechuje aglutynacyjność (czyt. nieskończone doklejanie „końcówek”) co nieco zbliża go np. do języka węgierskiego. Drugi egzamin, o dziwo, poszedł lepiej od pierwszego, a wtedy zrozumiałam, że jeśli ma nam się udać – mi i językowi tureckiemu – muszę to wszystko rozegrać po swojemu, czyt. znaleźć własne narzędzia i metody dotarcia do tego nieokiełznanego południowca.

Czy turecki jest trudny?
Przez pierwsze miesiące ilość poświęconego nauce tureckiego czasu była wprost proporcjonalna do braku poczucia należytych postępów. Bo choć potrafiłam się przywitać, zrobić zakupy w sklepie (samoobsługowym;) oraz odpowiedzieć („na czuja”) na kilka standardowych pytań, to poczucie satysfakcji było mi obce. Oglądając telewizję nie rozumiałam nic poza programami o gotowaniu (gdyż słownictwo kulinarne opanowałam do perfekcji, a poza tym można je zrozumieć i bez tego), „czytając” gazety nic poza tytułem, a przysłuchując się ulicy (prawie) nic poza „Merhaba, naber?”. Na domiar złego znajomy skomplementował mój akcent, chwaląc mnie, że brzmię po turecku jak çanakkalska cyganka. :)) Wielokrotnie zastanawiałam się w tamtym czasie, czy to ze mną jest coś nie tak czy jednak z tym językowym ustrojstwem..
Choć prawdą jest, że nawet najkrótsza rozmowa z obcokrajowcem jest wartościowa, niestety początkowo czyniłam wiele, by się ich wystrzegać. Wrodzona nieśmiałość, niepewność swojej wiedzy językowej i lęk przed popełnieniem błędu podpowiadały mi raczej, żeby umiejętnie dobierać rozmówców anglojęzycznych. Znając w praktyce zaledwie kilkanaście zwrotów na krzyż nieszczególnie targała mną też pokusa władania tureckim, a głupia i potępiana przez filologów obawa przed językową kompromitacją brała górę.
Nie z miłości, nie dla korpo, więc po co!?
Znajomość tureckiego uważa się w dzisiejszych czasach za cenną i pożyteczną, jednak kierowanie się wyłącznie pobudkami „korporacyjnymi” nie wróży szybkiego dotarcia do celu. Jak świat światem, najskuteczniejszym sposobem nauki języka obcego są podobno motywy miłosne – jednak w tej kwestii jestem patriotką. Postanowiłam znaleźć sprytny sposób, by zwyczajnie uczyć się dla samej nauki i towarzyszącej jej frajdy. Uczenie się języka obcego dla przyjemności to sztuka w sama w sobie, pełna pasji i swoich prywatnych odkryć, na miarę Kolumba.
Poszukując własnej drogi do polubienia tureckiego i poczynienia dalszych postępów, znalazłam dla siebie kilka narzędzi i przydatnych aplikacji. Wśród nich znalazły się witryny Memrise, Polyglotclub, Busuu, TurkishClass oraz syntezator mowy IVONA (głos Filiz). Nigdy nie rezygnuję z zaglądania do wspomnianego Lale Türkçe, jednak w pewnym momencie pokochałam alternatywne wydawnictwa, w tym przede wszystkim książkę „Turkish Grammar & Dialogues” autorstwa Mually Atlamaz – zawierającą mnóstwo gotowych zdań i (naprawdę przydatnych!) zwrotów, od poziomu podstawowego do zaawansowanego.
Choć co jakiś czas znajduję w sieci sugestie, że język turecki jest łatwy, po drugiej stronie barykady nigdy nie brakuje jednak opinii zupełnie temu przeczących. Nie da się ukryć – turecki jest schematyczny, nie ma problemów z wymową oraz z czytaniem. Turcy uwielbiają wychwalać pod niebiosa obcokrajowców za znajomość kilku słów po turecku, co jest niezwykle motywujące ale też mylące. Dość szybko może się okazać, że nasz słowotok jest jedynie zlepkiem słów, dobranych wbrew wszelkim zasadom gramatycznym. Czy turecki jest trudny? W moim odczuciu istnieje ogromna przepaść pomiędzy przyswojeniem tureckiego na potrzeby codziennego użytku, a rzeczywistym władaniem tym językiem na bardzo dobrym poziomie. O ile wypowiadanie się na proste tematy przyjdzie nam stosunkowo szybko, o tyle „wskoczenie” na poziom zaawansowany – jak zawsze – wymaga czasu i poświęceń.
Jakie są Wasze doświadczenia z nauką tureckiego? Macie swoje sprawdzone sposoby na naukę języka obcego? :)
Witaj!
Uczę się tureckiego od roku z portalu Busuu i książki ,,Turecki nie gryzie”. Ostatnio stwierdziłam, że przydałby mi się słownik, jednak nie mogę się zdecydować, który jest najlepszy. Czy możesz mi jakiś doradzić?
Pozdrawiam
Hej hej:-) Planuję zacząć się uczyć tureckiego na własną rękę. Doradzicie mi jaki jest najlepszy program kupny też do tego?:-)
Też zaczęłam uczyć się tureckiego w Polsce- dla tej samej przyjemności.Chciałam się po prostu nauczyć innego języka. Zaczęłam od Duolingo- fajna aplikacja,którą polecam również do innych języków. Dla mnie jednak duolingo to za mało- kupiłam sobie „Turecki nie gryzie”. Na domiar złego(chyba) na youtubie oglądam w oryginale „Kara Sevda” – staram się osłuchać z tym językiem,ponieważ do Turcji wyjechać to marzenie.
Macie jeszcze jakieś sposoby na naukę Tureckiego?
Pozdrawiam!
Mam małe pytanie – rozpoczęłam na własną rękę naukę tureckiego w Polsce. Czy mogłabyś polecić mi materiały do nauki?
Bardzo ciekawy artykuł :3
Sama próbuję nauczyć się języka tureckiego z tego powodu zwykłej czystej ciekawości i chęci poznania Turcji taka jaka jest naprawdę. Dla mnie to dość mistyczne marzenia patrząc na moją rodzinę, jednak może będę miała szczęście i mi się uda?
Umiem powiedzieć tylko kilka słów i na razie jestem niezbyt zadowolona ze swoich efektów, ale się nie poddaję i próbuję dalej (chodź nie zawsze da się radę, gdy dopiero zaczyna się studia ^^” )
Bardzo dziękuję za odwiedziny:) Z całą pewnością silna motywacja i pasja to klucz do nauki każdego języka obcego. Najważniejsze, by nie zniechęcać się w chwilach słabości (które przecież dopadają nas tak często..) i otaczać tureckim na wszelkie możliwe sposoby. Trzymam kciuki! :)
Od miesiąca mieszkam w Çanakkale (po żmudnych miesiącach starań o stypendium erasmusowskie w końcu udało mi się tu dostać) i język używany na ulicach jest rzeczywiście łatwy do przyswojenia, ale kiedy słyszę 2 ludzi rozmawiających 'na poziomie’, sprawa się komplikuje. Ach, końcówki…
Jako, że od roku jestem z Turkiem, stwierdziłam, że byłoby miło od czasu do czasu móc odezwać się do lubego w jego ojczystym języku (tak jak on robił to w Polsce), więc uczęszczam na kurs tureckiego, i tutaj pojawia się pierwsze niestety- dla początkujących;
Ensar Hoca w kółko powtarza wszelkie możliwe sposoby powitania i 'jak się masz’ i tak do znudzenia. W dodatku zawartość 'Lale Türkçe 1′ jakoś nie powala. ;)
Marzyło mi się uczenie się naprawdę potrzebnych zwrotów (pokazywanie przedmiotów palcem i mówienie 'bu’ jest dla mnie trochę krępujące- no przecież stać mnie na więcej! ) ale póki co na kursie tego się nie doczekałam, więc staram się uczyć 'na boku’, a moimi nauczycielami stali się mój luby i nowi przyjaciele z uniwersytetu.
O ile będę się przykładać, być może za miesiąc lub 2 uda mi się odpowiedzieć wykładowcy-żartownisowi coś więcej, niż „Ama hocam, anlamiyorum ki.” ;)
Witaj Moniko, bardzo dziękuję za komentarz! Też miałam przyjemność chodzić na zajęcia z Ensar Hocą (nie był w stanie spamiętać mojego imienia i nazywał mnie „Polonya” ;) i wydaje mi się, że na tle Ali Hocy i Musy Hocy, to jego sposób nauczania i tak jest dużo szybszy i sprawniejszy niż metody pozostałych (!). Niestety masz absolutną rację, tömer w wydaniu çanakkalskim nie urzeka, szczególnie na początku. Materiał jest dostosowany do potrzeb różnych osób z różnych krajów i mnóstwo czasu traci się na odgrywanie nikomu niepotrzebnych scenek i teatrzyków, dla spamiętania pięciu słów. Moi znajomi, których tömer miał przygotować to studiów w języku tureckim, w tym roku powtarzają kurs niemal od początku – bo mają problemy z rozumieniem wykładów. Jeżeli poza uczelnią otaczasz się środowiskiem tureckojęzycznym i masz tak wielką chęć do nauki, to z całą pewnością szybko wyprzedzisz także Lale Türkçe 2 i 3. Powodzenia!! :)
Aaaaj, ale się ucieszyłam z Twojej odpowiedzi!
No cóż… Na kurs tureckiego lubię chodzić, nie powiem, ale szczęka opadła mi w momencie, kiedy Ensar Hoca próbował przetłumaczyć prosty dialog z tureckiego na angielski. Po jego próbach mieliśmy jeszcze większy mętlik w głowie… Pominę fakt, że po 6 lekcjach nadal nie może zapamiętać mojego imienia, cóż, 'ten typ chyba tak ma’.
Jako że odrobinę wyróżniam się z 'tłumu’ uczestników kursu (lubię mu czasem zadać 'problematyczne’ pytanie dotyczące np. gramatyki.), Hoca zawsze wybiera akurat mnie, żeby spytać, czy znam dane słówko (akurat takie, którego jeszcze nie 'omawiał’, albo- o zgrozo! nie przetłumaczył. ;] )
Całe szczęście, że mam wielu znajomych zawsze chętnych do uczenia mnie czegoś nowego. :)
Serdecznie pozdrawiam. :)
Echh, sentymenty się we mnie budzą, gdy czytam Twoje relacje z zajęć. :)) Po każdym egzaminie grupy są przetasowywane na nowo, a wykładowcy się zmieniają – można mieć szczęście i trafić np. na Mehtap Hocę, a można mieć pecha (jak ja) i ciągle trafiać do grupy Ali Hocy, który przechwala się biegłą znajomością 6 języków, a w rzeczywistości w żaden sposób nie potrafi przekładać tureckiego na jakikolwiek z nich. Widzę w Twoich słowach mnóstwo determinacji do nauki, więc nie musisz się niczym martwić – rób swoje, tomer pomaga w rozumieniu gramatyki, a resztę i tak trzeba właściwie zrobić samemu. :))
Zasadniczy problem leży w tym, że przestawienie się na język aglutynatywny wymaga kolosalnego wysiłku W każdym razie u mnie najgorzej było z myśleniem sufiksami. Jakiś czas temu rozmawiałem z użytkownikie języka mandaryńskiego. Dowiedziałem się, że nauka jest trudna, ponieważ wymaga wykształcenia się w mózgu odpowiednich neuronów, które decydują o zdolności do myślenia określonymi konstrukcjami. Tematu nie drążyłem, ale spekuluję, że z nauką tureckiego jest podobnie. Jest to zatem również kwestia kognitywnych zdolności mózgu…
Działa to tez w odwrotną stronę. Przykład z mojego podwórka: najbardziej zrusyfikowaną grupą etniczną na Kaukazie Północnym są Osetyjczycy, a to dlatego, że podobnie jak Rosjanie są Indoeuropejczykami, a nie ludem kaukaskim, czy turkijskim. W odróżnieniu od nich mają język fleksyjny z przydawką, dopełnieniem itd.
Oczywiście wszystkiego da się nauczyć, jeśli się systematycznie pracuje. Prawdą jest jednak, że rozdźwięk między mówioną i oficjalną turecczyzną jest spory.
Dziękuję za komentarz i ciekawe filologiczne spostrzeżenia – z pewnością sporo w nich racji. W Turcji początkowo uczyłam się tureckiego w bardzo multikulturowej grupie i dosyć szybko było jasne, że osoby z Kazachstanu, Mongolii czy Azerbejdżanu nie mają żadnego problemu z naturalnym przyswajaniem tureckiego, bez wkładania w to nadmiernej pracy. Największe problemy były natomiast domeną anglojęzycznych. :)