– Nie lecisz na Korfu, lecisz na Kerkirę! – podkreślał przed wyjazdem znajomy z dyplomem greckiego filologa w kieszeni. – Nie na KerkirĘ, na KErkirę! – z niekrytą radością prześmiewał mój pseudo-grecki akcent. No cóż, mój zabawny epizod z greką przed laty faktycznie nie pozwolił opanować ohydnej sztuki akcentowania. Koniec końców, poleciałam więc na Korfu. :) Gdy samolot zakołował na płytę wyspiarskiego lotniska, a stewardzi rzucili ostatnim „Yiá sas!” nasze twarze owiała przyjemna fala ciepła. Był koniec września, a pogoda w Polsce zapowiadała sezon koca i hektolitrów gorącej herbaty. Lekkie zmęczenie po nocnej podróży szybko zniwelował łyk greckiej frappe, przeszywająco zimnej i turecko mocnej. Czterdziestotysięczne Korfu, czy też jak mawiają lokalsi Kerkira, dopiero budziło się do życia.
Wyspiarski savoir-vivre
Choć dotarcie do centrum, położonej między dwiema zatokami, stolicy wyspy wydawałoby się pozornie rzeczą prostą i szybką, w praktyce bywa z tym różnie. Jeśli tak jak my znajdziecie autobus, którego kierowca wykazuje skłonności wodzirejsko-oratorsko-towarzyskie, nawet najkrótsza trasa będzie liczyć co najmniej kilkanaście przystanków, w trakcie której dumny kierownik pojazdu odkręci szybę i zamieni dwa słówka z przypadkowo napotkanym kumplem lub wda się w pogawędkę z którymś z pasażerów. Niczego nie zmienia fakt, że w tak małym mieście znają i widują niemal codziennie się tutaj prawie wszyscy – naczelna zasada brzmi: nie zagadać nie wypada! Istnieje również ryzyko, że przejeżdżając przez wąskie i kręte uliczki pokaźnych rozmiarów autobusem nagle okaże się, że ktoś postanowił zaparkować swoją osobówkę niemalże na środku drogi, tarasując przejazd całej reszcie. Oczywiście, na Korfu nie jest to wykroczeniem ani nawet problemem. Po prostu trzeba zatrąbić, poczekać aż właściciel pojazdu raczy się zjawić i przestawić swój wóz w dogodniejszą lokalizację.. :)
Czy to na pewno Grecja?
Poznawszy zasady drogowego savoir-vivre w wersji greckiej ostatecznie dotarliśmy na kerkirską starówkę, jedno z najbardziej eleganckich a zarazem najmniej „greckich” starych miast w tym regionie. Nie trzeba być wielkim znawcą, by z łatwością dostrzec, że to niezwykłe miasto dużo bardziej przypomina Włochy aniżeli Elladę. Z zadrapanych kamienic o płaskiej architekturze i drewnianych okiennicach zwisają sznury z praniem, a średniowieczna architektura obronna spójnie wtapia się w budowle w stylu weneckim. Są też elementy francuskie i brytyjskie, choć to zdecydowanie mniej oczywiste znamiona krajobrazu miasta. W niektórych zaułkach można odnieść wrażenie, że Grecy nie mieli chęci zmienić tutaj niczego, odkąd w XIII i XIV wieku stolicą władali Wenecjanie.
Spacerując wzdłuż gęstej sieci uliczek starej dzielnicy Campiello, niegdyś zamieszkiwanej licznie przez Żydów sefaradyjskich, znaleźliśmy budynek synagogi, jedynej która zachowała się po II wojnie światowej. Jak zdradziła mi pewna leciwa Greczynka, w okresie poprzedzającym Holocaust na wyspie żyło kilka tysięcy Żydów, później dzielnica ta została mocno zniszczona wskutek bombardowań. Odkrywając miasto warto zwrócić uwagę na kilka ważnych zabytków, jak chociażby Ratusz mieszczący się w dawnym pałacu weneckim, Muzeum Sztuki Azjatyckiej prezentujące bogatą kolekcję eksponatów z Dalekiego Wschodu (!) oraz górujący nad miastem szesnastowieczny kościół Agios Spiridonas.
Gdy wpadniecie do Korfu, waszej uwadze nie umkną również dwie duże twierdze wznoszące się nad stolicą: Neo Frourio (Stara Forteca) oraz Paleo Frourio (Nowa Forteca). Warto wdrapać się na ich szczyt o zachodzie słońca, by móc podziwiać stamtąd przepiękną miejską panoramę.
Gdy zapada zmrok, w mieście Korfu budzi się życie a znalezienie wolnego stolika w jednej z urokliwych knajpek w centrum zaczyna graniczyć z cudem. Jak to zwykle bywa, przemili restauratorzy dokładają wszelkich starań, by zwabić turystyczną zwierzynę na swoje salony, a ta z wdzięcznością zostawia tu swoje euro. Nam udało się trafić przez przypadek do fantastycznej knajpki Σκαιναδα z rewelacyjnym winem i przepysznymi przystawkami. :)



