Golden Triangle to miejsce, w którym spotykają się granice Tajlandii, Laosu oraz Birmy. Kiedyś region ten był znany z uprawy opium, ale współcześnie stanowi jedną z atrakcji turystycznych, przede wszystkim północnej Tajlandii.
„Złoty trójkat” jednym kojarzy się z przygodami francuskiego detektywa Arsene’a Lupena, opisanymi w dwuczęściowej powieści autorstwa Maurice’a Leblanca, wydanej w roku 1918. Innym z pierwszym właściwym odcinkiem MacGyvera – i to jest skojarzenie bliższe temu, co opisuję poniżej. Bowiem akcja owego odcinka odbywa się na terenie Azji południowo- wschodniej, znanym z produkcji i przemytu narkotyków. To terytorium obejmuje obszar około 950 tysięcy kilometrów kwadratowych, a jego najbardziej turystycznie eksploatowanym elementem jest styk trzech granic: Tajlandii, Laosu i Mjanmy (Birmy).
Wizyta w „Golden Triangle” była jednym z elementów całodniowej wyprawy (jej koszt to 1200 BHT od osoby), na którą wybraliśmy się z Chaing Mai. Wykupiliśmy wycieczkę w jednym z małych, lokalnych biur podróży, po czym w ustalonym dniu, wcześnie rano zapakowaliśmy się do miniaturowego busika i ruszyliśmy na północ.
Aga opisała już wizyty w dwóch świątyniach, które również leżały na naszym szlaku: White Temple oraz Blue Temple. Kolejna była czarna, najdziwniejsza i jeszcze nie opisana ;), a potem wreszcie dotarliśmy do złotego trójkąta. Przyznam, że ten odcinek naszego wypadu ciekawił mnie najbardziej.
Po dotarciu na miejsce, do wioski Sop Ruak dostaliśmy trochę wolnego na rekonesans. Poszliśmy zobaczyć posąg Buddy, dotarliśmy do punktu widokowego, z którego rozciera się widok na ogromną rzekę Mekong oraz wpadającą do niej mniejszą Ruak i leżące za granicą Birmę i Laos. Na muzeum opium, które jest podobno bardzo ciekawe, niestety nie mieliśmy czasu.
Nic to, o ustalonej wcześniej porze stawiliśmy się w punkcie granicznym, z którego rozpoczęliśmy naszą przeprawę na drugą stronę rzeki, do Laosu. Tu ciekawostka – każdy turysta może przeprawić się przez Mekong i spędzić w Laosie całe 30 minut, bez konieczności przechodzenia przez kontrolę graniczną i załatwiania sobie jakiegokolwiek pozwolenia, czy wizy. Należy tylko mieć ze sobą paszport. Dotyczy to grup pod opieką przewodnika, nie wiem czy można wybrać się tam na własną rękę. My mieliśmy zadanie ułatwione, jako część większej ekipy, na którą złożyło się pewnie kilka podobnych jak nasz busików. Po wejściu do dużej łodzi motorowej typu speed boat i założeniu obowiązkowych kamizelek ratunkowych ruszyliśmy.
Mekong nie jest rzeką szczególnie urodziwą – widok brudnej wody i unoszących się na niej śmieci był po prostu przykry. Niestety lokalsi wykorzystują rzekę po swojemu, szczególnie się o nią nie troszcząc. Podróż trwała może z 10 minut, po czym dobiliśmy do brzegu Laosu, wysłuchaliśmy instrukcji przewodnika (thirty minutes!) i wyszliśmy na brzeg.
Jeśli spodziewacie się opisu niesamowitych atrakcji po laotańskiej stronie – rozczaruję Was. Droga prowadziła obok nieczynnego jeszcze centrum outletowego, z dobrze nam znanymi markami na froncie budynku, na targ, nastawiony na turystów. Na targu można było kupić ubrania, buty, plecaki z logotypami owych znanych nam marek – czy oryginalne? Nie wiem ;). Nie po to tam pojechaliśmy, woleliśmy rozejrzeć się za czymś lokalnym. Kupiliśmy kawę (Laos znany jest z produkcji kawy, to pozostałość po Francuzach, którzy w latach 50. założyli tam szereg plantacji tego napoju), piwo Beer Lao (bardzo dobre, warto spróbować), a ja skusiłem się jeszcze na koszulkę z logo owego trunku. Niestety nie jest to ta sama jakość, co tshirty z logami piw tajskich, nadruk zrobiony jest chyba jakąś bardziej chałupniczą metodą, przypominającą mi popularne przed laty prasowanki, ale po iluś praniach jakoś się trzyma. Cena koszulki – około 12 zł., więc luz :).
Inną lokalną atrakcją, której nie spróbowaliśmy były trunki z wężami, w nich zatopionymi. Można było je kupić w butelkach, albo poprosić o odlanie z wielkich słojów. Wyglądało to dość okropnie.
Po 30 minutach karnie stawiliśmy się na przystani, skąd ruszyliśmy w drogę powrotną. Warto dodać, że przed podróżą zabrano nam paszporty – bez obaw, dostaliśmy je z powrotem, to normalna procedura. O paszporcie trzeba pamiętać przed wyjazdem, bez niego nie uda się Wam przepłynąć rzeki na laotańską stronę!
Podsumowując wizytę w Golden Triangle czuję lekkie rozczarowanie. Oczywiście mam świadomość tego, że spędziliśmy tam może 2 godziny i że to była część całodniowego wypadu. Fajnie było zobaczyć to miejsce, ale liczyłem na coś więcej, niż wizytę na lokalnym „turystycznym” targu. Szkoda że nie mieliśmy więcej czasu po tajskiej stronie, moglibyśmy pójść do wspomnianego Muzeum Opium. Mekong też nie robi dobrego wrażenia, a targ – no cóż, jak to targ :). Gdybym kiedyś mógł tam wrócić na dłużej – chętnie skorzystałbym z okazji, żeby poznać lepiej okolicę.
Nasza przeprawa łodzią do Laosu trwała chyba ponad 2 razy dłużej ze Złorego Trójkąta.Nikt nam nie zabierał ,ani sprawdzał paszportów.Z Chian Raj my 4 kobity wynajełyšmy jeppa tylko dla nas na cały dzień,ktòry nas poobwoził po atrakcjach rejonu.Nie było to tanie jak na azjstyckie ceny,ale było zorganiizowane jak to mówią na miare i nasze zachcianki po drodze.